środa, 16 marca 2016

Moje rzymskie wa... studia



Rzymski uniwersytet ma długą i bogatą historię. Został założony przez papieża Bonifacego VIII w 1303 roku. Była to pierwsza szkoła wyższa w Wiecznym Mieście, a zarazem jedna z najstarszych w Europie. Już samo to nadawało moim studium tam pewien prestiż. Sapienza jest niemalże "miastem w mieście" i oferuje swoim kandydatom ponad 250 kierunków studiów na 11 wydziałach. A jeśli dodać fakt, że jest to największy uniwersytet pod względem liczby studentów na naszym kontynencie (jest na niego zapisanych ponad 110.000 studentów + ok. 1200 studentów zagranicznych biorących udział w różnych programach wymiany), czułam, że znalazłam się w miejscu wyjątkowym.
 
Jak na tak dużą instytucję, na dodatek mieszczącą się we Włoszech, uważam, że stopień dezorganizacji Sapienzy był naprawdę niski. Nie miałam żadnych problemów przy procesie rekrutacji (poza jednym, wynikającym jednak z mojego gapiostwa), oznaczenie sal było dużo bardziej przejrzyste niż we Florencji, chociaż z tego, co pamiętam były pewne niedociągnięcia jeśli chodzi o plan zajęć - ten znajdujący się w Internecie zawierał błędy i życie ratowała mi tablica wisząca na pierwszym piętrze wydziału, na której znajdował się pełen rozkład.
 
Wydział ekonomii, na którym studiowałam, nie znajduje się na terenie głównego kampusu (poszczególne wydziały są porozrzucane po różnych częściach miasta), jednak w stosunkowo niedużej odległości od niego. Sam budynek nie grzeszył urodą, a jak to określił ktoś z moich znajomych, jego hol przypominał dworzec i brakowało mu jedynie megafonów ogłaszających godziny odjazdu pociągów. Przyznam, że jest w tym trochę prawdy, chociaż ja czułam się tam bardzo dobrze. W każdym razie o niebo lepiej niż na moim wydziale we Florencji, gdzie po prostu brakowało mi takiej studenckiej atmosfery. Ponadto znajdowało się na nim dosłownie wszystko, czego mogłam potrzebować. Dość niepozornie wyglądający od strony ulicy gmach miał, o ile dobrze pamiętam, 7 pięter. Na każdym z nich znajdowała się biblioteka, natomiast na parterze mieściła się biblioteka główna wydziału, w której można było skorzystać również z komputerów. Na tym samym poziomie została oddzielona sala, która służy studentom jako miejsce do nauki. Praktycznie za każdym razem była oblegana przez Włochów (którzy naprawdę się uczyli!) i trudno było tam znaleźć wolne miejsce. Wydział ekonomii posiada też swoją stołówkę, a na jego terenie można znaleźć biuro ESN.
Wydział ma też dobre połączenie komunikacyjne. W jego okolice jeździ wiele tramwajów i autobusów, a od stacji metra Policlinico jest oddalony o jakieś 7 minut spacerem.



Gmach wydziału ekonomii


Parking dla skuterów przed wydziałem
 
Zaczynając jednak od początku, mimo że semestr zaczynał się 1 marca, już od pierwszej połowy lutego trwał orientation week dla nowych studentów oraz odbyło się welcome meeting, które niestety mnie ominęło. Organizowane były na szczęście mniejsze spotkania dla takich spóźnialskich jak ja. Do wyboru było kilka dat, ja zarezerwowałam pierwszą możliwą i udałam się do Palazziny Tuminnelli znajdującej się na terenie kanpusu. Przyznam, że miałam problem z jej znalezieniem, przez co już pierwszego dnia poczułam się zagubiona i pojawiły się obawy, czy aby na pewno dam sobie radę w tej studenckiej dżungli. Nieznacznie spóźniona dotarłam na szczęście na miejsce, gdzie oprócz placaczka-startera zawierającego głównie informatory dotyczące miasta oraz uczelni, zdobyłam wiele cennych informacji dotyczących formalności oraz egzaminów.


 
Tego typu spotkania są doskonałą okazją do nawiązania pierwszych znajomości. W końcu wszyscy jesteśmy "nowi" i szukamy towarzystwa. Jedyny szkopuł tkwi w tym, że poznałam tam prawie samych Hiszpanów (a Spanish mafia zazwyczaj trzyma się we własnym towarzystwie używając swojego pięknego, aczkolwiek nieznanego mi języka). Wymieniliśmy się co prawda kontaktami i utworzyliśmy grupę do konwersacji, jednak po krótkim czasie zmęczyli się chyba rozmowami po angielsku i z moją nikłą znajomością hiszpańskiego niewiele już mogłam zrozumieć. Dlatego też najtrwalszą znajomość nawiązałam z Bułgarką, Tonią.



 
Kolejnym krokiem na uczelni (i myślę, że najważniejszym) było załatwienie formalności na wydziale. Jako że oficjalnie podlegałam pod wydział inżynierii lądowej i środowiskowej (o czym opowiem innym razem, bo to baaardzo długa historia), udałam się na facoltà di ingegneria civile e industriale, która znajduje się praktycznie zaraz obok... Koloseum!



Wydział inżynierii

 
Najpiękniejsza na świecie droga na uczelnię!
 
Miałam ogromne szczęście, bo akurat tego dnia było otwarte biuro Erasmusa i prawdopodobnie dlatego, że na kierunkach technicznych wyjeżdża znacznie mniej studentów,  załatwiłam wszystko bez kolejki. Tym razem zamiast legitymacji otrzymałam specjalną kartę erasmusa, która nadawała jednakowe uprawnienia. Była więc przydatna np. w muzeum, aby otrzymać bilet ulgowy.
Co mnie bardzo zaskoczyło, nie miałam żadnego limitu czasowego na dokonanie zmian w moim learning agreement (zazwyczaj ma się na to około miesiąca).
 
Wizytę w biurze miedzynarodowym na wydziale ekonomii wspominam już nieco gorzej. Mimo że koordynatorka programu Erasmus jest tam milsza, po odestaniu swojego w kolejce, nie trafiłam do niej, ale do studentek odbywających tam praktyki. Dodam, że pochodzących z Grecji i nie bardzo rozeznanych w kwestiach, o które pytałam. A na dodatek nie mówiących po włosku. To był jedyny moment, w którym doświadczyłam totalnego chaosu.
 


Karta Erasmusa zastępująca libretto

 Karta Erasmusa uprawniała także do bezpłatnych wizyt w muzeach należących do uczelni. A jest ich sporo: Museo di Botanica, Museo di Arte e Giacimenti Minerali, Museo di Anatomia Patologica, Museo di Matematica, Museo di Zoologia czy Museo di Paleontologia - to tylko kilka przykładów.
 
A presto!
 
 
 J.

 "La sapienza ha dunque tre dimore: la prima inedificata, eterna, perché è essa stessa la sede dell'eternità; la seconda, sua primogenita, è questo mondo visibile; la terza, sua secondogenita, è l'anima dell'uomo." - Giordano Bruno

wtorek, 8 marca 2016

Studiare all'italiana - studia we Włoszech polskim okiem

Pomimo wielu podobieństw studia w każdym kraju wyglądają nieco inaczej. Kończąc liceum marzyłam o studiowaniu archeologii na jednej z włoskich uczelni, najlepiej w Rzymie. Jednak dopiero kiedy udało mi się częściowo spełnić to marzenie, uświadomiłam sobie jedną rzecz. Tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, czego chciałam. Co więcej, cieszę się, że mi to nie wyszło.
 
Włoski system prawdę mówiąc nie przypadł mi do gustu. Przypuszczam, że wiele zależy od dziedziny studiów (we Florencji byłam na wydziale nauk politycznych, natomiast w Rzymie na wydziale ekonomii). U mnie jednak nie było czegoś takiego jak podział na wykłady i ćwiczenia czy laboratoria. Wszystkie przedmioty miały formę wykładów, czasami ich część przypominała ćwiczenia - studenci przygotowywali prezentację lub opracowywali pewien zakres materiału. Jednak nie było to obowiązkowe, tak jak i sama obecność na zajęciach (chociaż bywała ona sprawdzana). Zazwyczaj wyglądało to w ten sposób, że jeśli ktoś brał aktywny udział (co nie na każdym przedmiocie było możliwe), miał mniejszy zakres materiału do nauczenia się na egzamin. Np. studentów uczęszczających na wykłady i przygotowujących prezentację obejmowały dwie zamiast trzech książek.
Zajęcia trwały teoretycznie 2 pełne godziny  (oczywiście od tego można sobie odliczyć co najmniej kwadrans spóźnienia prowadzącego). Nie było jednak oficjalnej przerwy w planie zajęć.
Włosi, jak chyba wszyscy południowcy, nie grzeszą punktualnością, więc zawsze ktoś przychodził spóźniony, czasami nawet o godzinę, jednak nikt na to nie zwracał uwagi.


Wykład w Rzymie

We Włoszech obowiązuje kompletnie inny system oceniania niż w Polsce. Skala ocen wynosi od 1 do 30, przy czym aby zdać trzeba uzyskać co najmniej 18 punktów. Szczególnie wybitni studenci mogą liczyć na ocenę wykraczające poza skalę, czyli 30 e lode, odpowiadającą naszej piątce z plusem.

Rzeczą dla mnie bardzo dziwną, z którą spotkałam się we Włoszech była rezerwacja egzaminów. Aby móc zdawać je w poszczególnych terminach, najpierw trzeba było się na nie zapisać w odpowiedniej zakładce na koncie studenckim. Zapisy takie zaczynały się zazwyczaj miesiąc przed egzaminem i były zamykane kilka dni przed jego datą. We Florencji na tym kończyła się cała rezerwacja, jednak w Rzymie dodatkowo wymagane było przyniesienie na egzamin wydrukowanego potwierdzenia.
Także wyniki odbytych egzaminów pojawiały się po zalogowaniu na konto. W przeciągu kilku dni należało zatwierdzić ocenę bądź ja odrzucić. Przyznam szczerze, że nigdy nie udało mi się do końca zrozumieć tego systemu.

Dużym utrudnieniem było również zbieranie podpisów do indeksu we Florencji (gdzie pełnił on także funkcję libretta, czyli legitymacji) oraz na formularzach potwierdzających rezerwację w Rzymie. Największym problemem był fakt, że Erasmusi często kupują bilety powrotne zaraz po zakończeniu egzaminów i nie zawsze mają wystarczająco dużo czasu, żeby szukać wykładowców. Dla mnie z kolei było to całkiem nowe doświadczenie, ponieważ na mojej uczelni w Polsce od początku studiów miałam tylko indeks elektroniczny. 

Zajęcia zaczynają się w połowie września, natomiast w semestrze letnim trwają do końca maja. Ponadto każdy semestr jest podzielony na 3 moduły. Jest to dość istotne, ponieważ niektóre przedmioty zaczynają się w pierwszym module i trwają do końca drugiego lub zaczynają się dopiero w drugim. Dotyczy to głównie tych, którym jest przypisane 6 punktów ECTS, 9-punktowe przedmioty trwają natomiast przez cały semestr. Nie jest to jednak regułą, ponieważ na niektórych przedmiotach była możliwość wyboru, czy chce się zdawać egzamin za 6 czy też za 9 punktów.

Sesja trwała sporo dłużej niż w Polsce. Pierwsze egzaminy w semestrze zimowym miały miejsce w ostatnim tygodniu przed świętami. Drugi termin przypadał na styczeń, natomiast ostatnia szansa na zaliczenie przedmiotu była w lutym.
Sesja letnia zaczynała zaczęła się natomiast w czerwcu i skończyła się w drugiej połowie lipca. Problemem dla zagranicznych studentów jest na pewno konieczność zdawania w trzecim terminie, który tak jak sesja poprawkowa w Polsce ma miejsce dopiero we wrześniu.
Inną istotną kwestią dotycząca zaliczenia wybranych przedmiotów jest fakt, że egzaminy w większości mają formę ustną, co w przypadku zdawania ich w obcym języku jest dodatkowym stresem. Jednak ma to też dobre strony, ponieważ można nadrobić braki językowe gestykulacją lub uzyskać podpowiedź. Ale nie ma co się załamywać - zdarzają się też egzaminy w formie testu, chociaż szczerze mówiąc spierałabym się co do tego czy są łatwiejsze.

Każde miejsce jest dobre do nauki, nawet dziedziniec muzeum!
 
 
J.

 
"Viaggiare e cambiare luogo conferisce un nuovo vigore alla mente"- Seneca

niedziela, 6 marca 2016

Florencka zima i rzymskie lato - kilka słów na temat klimatu

Przygotowując się do wyjazdu na Erasmusa dość dużo czasu poświęciłam poszukiwaniu informacji na temat klimatu we Florencji. Dlaczego? - Musiałam przecież spakować ubrania na pół roku!
Przyznam, że czytając przeróżne wpisy w internecie poczułam się naprawdę zdezorientowana. O ile wiedziałam, czego mogę się spodziewać po przyjeździe - wysokich temperatur i mnóstwa słońca - nie bardzo wyobrażałam sobie włoską zimę. Na jednym z blogów przeczytałam, że temperatury o tej porze roku spadają do 15 stopni i podczas gdy Włosi przywdziewają ciepłe płaszcze i obowiązkowo kozaki, zagraniczni turyści ograniczają się co najwyżej do cienkich sweterków. Z kolei średnie temperatury w najzimniejszym miesiącu, styczniu, w teorii wahają się od 3 do 8 stopni Celsjusza. Więc jak to właściwie jest z pogodą? Zacznę od początku.
 
Kiedy przyjechałam do Florencji w połowie września, zastałam tam środek lata. Upalne dni i bardzo ciepłe noce. Obowiązkowe były więc letnie ciuszki i okulary przeciwsłoneczne, a dla szczególnie wrażliwych na słońce - kapelusz lub czapka.
Piękna pogoda utrzymywała się praktycznie do końca października, chociaż w połowie tego miesiąca dobowe różnice temperatur zaczęły robić się coraz większe. Szczególnie uciążliwe okazywało się to w przypadku, kiedy wychodziłam rano na uczelnię - zdarzało się, że było naprawdę nieprzyjemnie zimno, natomiast kiedy wracałam do domu było tak gorąco, że kurtkę niosłam już w ręku i szukałam odrobiny cienia.
Listopad z kolei był bardzo deszczowy i wietrzny, dlatego też polecam zaopatrzyć się w parasolkę, bo niestety może być bardzo przydatna. Potrafiło padać dzień w dzień, czasami niemal bez przerwy. Wszechobecna wilgoć sprawiała też, że odczuwalna temperatura była sporo niższa od tej, która widniała na termometrach. Ponadto ulice szybko zapełniały się wodą, a przejście na drugą stronę bez zamoczenia stóp było praktycznie niemożliwe.
Niebo Italii nie zawsze było błękitne, a pochmurne dni nadawały Florencji nieco depresyjnego charakteru. Nagle wszystko stawało się szare i smutne, chociaż tu wyjątkiem może być Duomo, które zachwyca niezależnie od warunków pogodowych. Mieszkając w Polsce być może powinnam być do tego przyzwyczajona, jednak jako, że we Włoszech bywałam dotąd tylko w sezonie letnim, wydawało mi się, że pogoda jest tam nieco ładniejsza.

Arno po ulewie

W grudniu zaczęło robić się zimno, co było szczególnie mocno odczuwalne w domu. Po raz pierwszy musieliśmy włączać ogrzewanie. Na zewnątrz też nie było zbyt przyjemnie i czasami żałowałam, że nie wzięłam cieplejszej kurtki zimowej. Najgorsze jednak przyszło w styczniu, kiedy wróciłam do Włoch po przerwie świątecznej. Był to okres egzaminów, dlatego też dużo czasu spędzałam w mieszkaniu ucząc się. Nauka jednak była niesamowicie trudna, ponieważ naprawdę zamarzałam. Ogrzewanie też niestety niewiele dawało, a jego efekty czułam jedynie stojąc bezpośrednio przy kaloryferze. Jedynym wyjściem z tej sytuacji okazywało się spędzanie czasu w bibliotece, gdzie jednak też nie było zbyt ciepło. Bardzo żałowałam, że po świętach zostawiłam w Polsce część cieplejszych ubrań!
W tym okresie dosłownie wszystkich zaczynało łapać przeziębienie. Najzabawniejsza sytuacja miała miejsce podczas wycieczki do Wenecji, kiedy dosłownie cały autokar kaszlał. Jak to żartobliwie nazwała moją przyjaciółka, mieliśmy jeżdżący szpital.

Diametralnej zmiany pogody doświadczyłam natomiast w momencie przeprowadzki do Rzymu pod koniec lutego. Powietrze dosłownie zapachniało wiosną! Jeszcze dwa tygodnie wcześniej nie przypuszczałam, że w pierwszy miesiąc marca będę w południe chodzić w samej bluzce, a dodam, że jestem ciepłolubna i nie była to jedynie reakcja na pierwsze wiosenne dni. Cały miesiąc, choć cieplejszy, był jednak dość deszczowy. Ogólnie pogoda była w kratkę.

Deszczowy Plac św. Piotra


Naprawdę ciepło zrobiło się kiedy wróciłam z Polski po Wielkanocy. Kwiecień był już całkiem ciepły i wszystkie grubsze ubrania schowałam na dno szafy. Od tej pory były zupełnie nieprzydatne. W maju natomiast praktycznie zaczęło się lato i długo wyczekiwane wypady na plażę w Ostii.

Dużym minusem studiowania we Włoszech jest fakt, że kiedy zaczyna się sesja letnia, słupki rtęci szaleją. I to dosłownie, bo w czerwcu kiedy miałam egzaminy zaczęły się niesamowite upały, a w lipcu było jeszcze cieplej. Temperatury sięgały 40 stopni, więc bez klimatyzacji ciężko było wytrzymać. W nocy z resztą też nie było wiele lepiej, a do tego niemal codziennie ok. 16 były burze. Nauka w takim upale nie była łatwa. Po pierwsze ciężko było się skupić, a po drugie istniała obawa, że będą problemy z prądem (co jest związane z dużym zużyciem przez klimatyzatory) i zdarzały się króciutkie przerwy w jego dostawie. Dobrym miejscem na naukę w tym czasie była Biblioteca Nazionale  znajdująca sia przy stacji metra Castro Pretorio.

 

Anomalie pogodowe

Śnieg we Włoszech? Owszem, też może spaść! Kilka dni po tym, jak wyjechałam z Florencji na Boże Narodzenie, dowiedziałam się, że spadł tam śnieg. Jako że zjawisko to nie jest częste wzbudziło sporą sensację, mimo tego, że białego puchu było bardzo niewiele. Najdziwniejsze jest jednak to, że sporo napadało go nawet na Sycylii, co jest prawdziwą anomalią - moja przyjaciółka nie pamięta, żeby kiedyś było go aż tyle!
 
Przypruszona śniegiem Taormina
Ja sama byłam przerażona widząc zaśnieżone zbocza gór i lasy w drodze do Wenecji. Absolutnie nie byłam przygotowana na taką pogodę! Ale na szczęście takie warunki panowały tylko po drodze, a po przyjeździe do Serenissimy nie widziałam już ani płatka śniegu.
 


Pełnia zimy w drodze do Wenecji



 Pierwsze szaleństwa pogodowe wystąpiły jednak zaraz po moim przyjeździe do Włoch. Był piękny słoneczny dzień, ale nagle zerwał się silny wiatr i zaczął padać grad. W jednej chwili ulice opustoszały i każdy szukał kryjówki. Ja znalazłam schronienie w jednym ze sklepów, który nie wiem jakim cudem miał zalaną niemal całą podłogę, a po wyjściu z niego moim oczom ukazało się pobojowisko i płynąca środkiem ulicy rzeczka.


Mimo wysokich temperatur, florenckie ulice były w niektórych miejscach białe jeszcze następnego dnia!

Skutki gradobicia

 
 
J.
  
"Anche d'estate nevica 
Se la tua mente immagina" - Laura Pausini

czwartek, 3 marca 2016

Benvenuti all'università degli Studi di Firenze - czyli pierwsze kroki na uczelni

Dotarliśmy na miejsce, ale co dalej? Nieunikniona była wizyta na uczelni.
Co prawda zajęcia zaczynały się 15 września, ale ze względu na to, że dopiero co przyjechaliśmy do Florencji, odłożyliśmy pierwszą wyprawę na uniwersytet na następny dzień. Przez zamieszanie związane z poszukiwaniami mieszkania nie zdążyliśmy nawet ułożyć planów zajęć, więc za pierwszym razem naszym celem była jedynie rejestracja.
Nasz wydział, Scuola di Scienze Politiche, znajdował się w dzielnicy Novoli, oddalonej od naszej via Palazzuolo o jakieś 30 minut spacerem.

Położenie kampusu nauk społecznych (Polo Universitario delle Scienze Sociali) na mapie Florencji

Bez problemu znaleźliśmy budynek administracji wydziału, ale tam czekała nas niespodzianka - aby dostać się na wyższe piętra potrzebna była karta magnetyczna. Bez niej nie dało się uruchomić windy ani otworzyć drzwi na klatkę schodową. Aby zdobyć taką kartę, trzeba było zostawić dokument na recepcji, jednak o tym nie mieliśmy pojęcia.
Załatwianie procedur na wydziale nie trwało długo. Dostaliśmy teczki z wysłanymi przez nas wcześniej dokumentami oraz zaświadczenia niezbędne do wyrobienia karty na stołówkę oraz dokończenia rejestracji w głównym biurze Erasmusa, gdzie się następnie udaliśmy.
 
Panie w biurze nie mówiły po angielsku, co z pewnością może być problemem dla studentów nie znających nawet podstaw włoskiego. Poza tym formalności nie było wiele, a najważniejsze było wpisanie daty przybycia (co jest niezwykle ważne przy rozliczaniu wyjazdu po powrocie do Polski) oraz zostawienie zdjęcia do legitymacji studenckiej.

Obecność na zajęciach na włoskich uczelniach jest na szczęście zazwyczaj nieobowiązkowa, dlatego też nie martwiliśmy się zbytnio o nieobecności. Ułożenie planu zajęć było jednak dużym wyzwaniem i zajęło nam ponad dwa tygodnie. Wiele przedmiotów nakładało się na siebie czasowo, niektóre okazywały się dokładnie tym, co miałam już wcześniej w Polsce, tyle że pod zupełnie inną nazwą, a z części przedmiotów musiałam zrezygnować ze względu na wykładowców  (niektórych naprawdę trudno było zrozumieć). Ostatecznie wybrałam cztery przedmioty, ponieważ we Włoszech z reguły mają one po 6 lub 9 punktów ECTS, chociaż widziałam także takie za 12 pkt. Ostatecznie mój plan nie wyglądał źle, a wszystkie zajęcia miałam o przyzwoitych godzinach i bez okienek, dzięki czemu nie spędzałam dużo czasu na uczelni.

Pomijając angielski, na który nawet nie musiałam chodzić, moim ulubionym przedmiotem była storia sociale dell'età contemporanea prowadzona przez profesora Fulvio Conti. Były to chyba jedyne zajęcia w trakcie całych moich studiów, które mnie naprawdę zaciekawiły i chodziłam na nie z przyjemnością. Sam profesor również był sympatyczny i zainteresowany historią Polski, w szczególności Solidarnością, dlatego bardzo się ucieszył, kiedy się dowiedział, że jesteśmy z Gdańska. Trzecią pozycją w moim learning agreement była geografia economica. Jedynym przedmiotem, który z całą pewnością bym odradziła jest sociologia del lavoro - socjologia pracy. Brzmi ciekawie, ale to tylko pozory. Zajęcia były niewyobrażalnie nudne (do dzisiaj nie bardzo rozumiem co miały na celu), a egzamin trudny i bez żadnej taryfy ulgowej. Wiem, że  z tym różnie bywa, ale na niemal wszystkich egzaminach byłam traktowana dokładnie tak, jak studenci włoscy - to nieprawda, że wykładowcy dają zaliczenie za sam status Erasmusa. Nauki było sporo, chociaż jedynie w czasie sesji. Przez całą resztę semestru jedyną rzeczą którą musiałam zrobić była prezentacja o historii Gdańska w XX wieku.

Tym, co mnie bardzo zdziwiło był fakt, że na studiach dziennych można było zobaczyć osoby w przeróżnym wieku. Zdarzało się, że student był sporo starszy od wykładowcy.
Na przedmioty które wybrałam chodziło niestety niewielu Erasmusów. Włosi natomiast nie byli zbytnio skorzy do nawiązania kontaktu z nami i muszę przyznać, że bardzo nie lubiłam momentu kiedy wchodziłam do sali i wszyscy się na mnie patrzyli jak na ufoludka.

 

J.
 
„To, co odróżnia człowieka, który studiował, od samouka, to nie miara wiedzy, ale inny stopień witalności i pewności siebie.” - Milan Kundera

czwartek, 25 lutego 2016

Sztuka wyboru - dlaczego znalazłam się właśnie we Florencji

 

Dlaczego Florencja? Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Ale nazwałbym to krótko: przeznaczenie.
Kiedy planowałam wyjazd tylko jedna rzecz była pewna i niepodważalna - krajem, w którym chciałam odbyć wymianę miały być Włochy. Mój wydział miał podpisane umowy z kilkoma uczelniami: w Genui, Bolonii, Maceracie, L'Aquili, Cagliari, Florencji, Anconie i, jak się okazało dopiero po rekrutacji, także w Neapolu. Rok wcześniej miałam zaplanowany wyjazd do L'Aquili, jednak z wielu przyczyn zdecydowałam się z niego zrezygnować. Rozważając erasmusową destynacje rok później brałam pod uwagę dwa miasta: Bolonię oraz Florencję. Wybór jednak nie był łatwy. W Polsce wszyscy byli zachwyceni. "Toskania to przecież najpiękniejszy region Włoch, nad czym ty się jeszcze zastanawiasz?!". Znajomi Włosi w stu procentach przypadków polecali mi Bolonię. Miasto nieco większe, dobry uniwersytet i bogate życie studenckie. Wydawałoby się, że idealne miejsce na Erasmusa. Mi też coś od początku mówiło, że właśnie tam powinnam aplikować. Jednak kiedy nadszedł moment, w którym musiałam dokonać ostatecznego wyboru, okazało się, że umowa z Bolonią nie została przedłużona. W tej sytuacji chcąc nie chcąc uczelnią mojego pierwszego wyboru została Università degli Studi di Firenze. I tam właśnie spędziłam pięć z dziesięciu najlepszych miesięcy mojego życia.
 
Nigdy nie byłam wielką miłośniczką Florencji. Jej piękno jest oczywiste i niepodważalne. To kolebka renesansu i miasto artystów, a przez wielu uważane jest za najpiękniejsze na Półwyspie Apenińskim. Jednocześnie było to drugie włoskie miasto, które miałam przyjemność zwiedzić. Po niemal dzisieciu latach nadal była żywa w mojej pamięci piękna panorama Firenze rozciągajaca się z Piazzale Michelangelo, ale nie znalazłam w niej "tego czegoś".
Nawet teraz trudno mi powiedzieć co czuję kiedy myślę o tym mieście, które uważam już za swoje. Nie jest to szaleńcza miłość ani fascynacja - nie jest tak, jak w przypadku Rzymu. Odczuwam raczej ogromny sentyment i tęsknotę. Tak jak w starym małżeństwie - stała się częścią mnie, chociaż nie ma już chemii.


 
Pierwsze wrażenia po przyjeździe nie były najlepsze, chociaż trudno się temu dziwić. Po ponad 24 godzinach w samochodzie jest się na tyle zmęczonym, że marzy się o prysznicu i odrobinie snu. A jeśli zaraz po przyjeździe spotykasz się z brakiem uprzejmości ze strony mieszkańców, natomiast zaparkowanie gdzieś samochodu graniczy z cudem, trudno jest zachować dobry humor. Samo znalezienie mieszkania, które mieliśmy wynająć okazało się trudnym zadaniem. We Włoszech do oznaczania numerów budynków używa się dwóch kolorów tabliczek. Niebieskie odnoszą się do budynków mieszkalnych, natomiast czerwone do lokali usługowych. Niestety pozbawieni tej wiedzy biegaliśmy w tę i we w tę po dość długiej via Palazzuolo w poszukiwaniu numeru 120, zaczynając wątpić w jego istnienie.

moja ulica - via Palazzuolo
Pierwsze dni też mijały się z wyobrażeniami jakie miałam na ich temat. Jako że wcześniej spędziłam dużo czasu na południu Włoch, ściślej rzecz ujmując na Sycylii, byłam przyzwyczajona do zupełnie innej rzeczywistości. A Florencja to jednak północ i dane mi było odczuć tę różnicę.
Pierwszego ranka w nowym mieście obudziły mnie hałasy z ulicy (było bardzo gorąco, więc okno w kuchni mieliśmy zawsze otwarte). Wbrew moim oczekiwaniom językiem, który słyszałam nie był włoski - via Palazzuolo niemal przez calusieńki dzień była obstawiona po obu stronach imigrantami z Afryki. Nierzadko słyszałam też arabskie pieśni.
Mieszkańcy stolicy Toskanii również okazali się bardziej zamknięci na obcych niż ich rodacy na południu kraju, ale o tym opowiem przy innej okazji.
 
Wszechobecna kopuła Duomo

Początkowo ogromną trudność sprawiało mi nawet samo poruszanie się po mieście. Florencja co prawda nie jest duża. Pod względem powierzchni nie odpowiada nawet połowie Gdańska. Posiada dość duże centrum historyczne, które można jednak przejść w pół godziny. Oczywiście, jeśli nie zgubi się w gąszczu podobnych do siebie uliczek. Na pierwszy rzut oka wszystkie wydawały mi się bardzo podobne. Jeśli nie było na nich charakterystycznego kościoła czy sklepu, nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Dlatego też przez pierwsze dwa tygodnie wyjście z domu bez mapy mogło oznaczać znacznie dłuższy spacer niż ten, na który się nastawiałam. Z czasem jednak nawet Florencja dała się oswoić. Kiedy po miesiącu przyjechała w odwiedziny moja mama, sprawnie poruszałyśmy się pomiędzy najważniejszymi punktami turystycznymi.
 
 
J.
 
„Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem.” - Cesare Pavese

środa, 24 lutego 2016

Najtrudniejsze pierwsze kroki - poszukiwania czterech kątów we Florencji

Podróż w nieznane jest zawsze nie lada wyzwaniem. Niezależnie od tego, jak długo by się do niej przygotowywało, prawda jest taka że nigdy nie jest się do niej w pełni gotowym. Dlatego też pomimo tego, że planowałam wyjazd od wielu miesięcy, w pewnym momencie dopadł mnie niesamowity strach. Niby znałam włoski, ale czy wystarczająco dobrze? Czy wytrzymam tak długo z dala od domu? Gdzie znaleźć mieszkanie?

To ostatnie pytanie dreczylo mnie najbardziej. Znalezienie mieszkania nie było łatwe,
a osobiście znam przypadek Erasmusa, który wrócił do Polski po bezowocnych poszukiwaniach.
Strony takie jak bakeca, owszem, były pełne ofert dotyczących wynajmu, ale znalezienie na nich czegoś i tak nie było łatwe. A przeciwności losu pojawiło się naprawdę wiele. W moim przypadku największy problem wynikal z faktu, że jechałam ze znajomymi i poszukiwalismy małego M-3 lub ewentualnie dwóch pokoi w jednym mieszkaniu. Ponad tydzień spędziliśmy przeglądając niemal całymi dniami oferty i wysyłając maile. Wiadomości zwrotnych otrzymaliśmy jednak niewiele,
a odpowiedzi niemal zawsze były negatywne. Problemem często był zbyt krótki okres wynajmu lub opłaty pobierane w momencie zawarcia umowy przez agencję nieruchomości.
Najgorsze było to, że kiedy już myślałam, że znaleźliśmy idealne mieszkanie – co prawda w niezbyt urzekającej lokalizacji, ale za to w korzystnej cenie - okazało się że trafiliśmy na oszusta. Ogłoszenie na początku nie wzbudziło żadnych podejrzeń. Dobrą cenę tłumaczyłam sobie położeniem na obrzeżach miasta. Wszystko szło po naszej myśli aż do momentu, kiedy chcieliśmy ustalić termin oglądania mieszkania. Wtedy okazało się że właściciel rzekomo mieszka w Grecji i dlatego prześle nam klucze za pośrednictwem Airbnb. Oczywiście po uiszczeniu czynszu za pierwszy miesiąc oraz kaucji, łącznie ponad 1100 euro. Link do oferty został wysłany niby za pośrednictwem platformy, ale z niemieckiego adresu e-mail. Strona natomiast miała hiszpański adres i nic nie było na niej aktywne. Zastanawiający był także brak podobieństwa pomiędzy zdjęciem właściciela zamieszczonym tam oraz w dowodzie osobistym, który wysłał nam wcześniej. Dla stuprocentowej pewności napisałam jeszcze do Airbnb z pytaniem, czy mail faktycznie został wysłany przez nich. Ich odpowiedź nie była zaskoczeniem – właściciel mieszkania był oszustem.
 
Ostatecznie udało nam się znaleźć dwa pokoje w centrum miasta. Cena wynajmu jak na Florencję była umiarkowana. Za pokój jednoosobowy płaciłam 350 euro plus opłaty (udało mi się zbić cenę
z 400 euro), natomiast moi znajomi – 500 euro za pokój dwuosobowy z osobną łazienką.
 
 
Mieszkając w starym budownictwie we Włoszech trzeba być jednak świadomym kilku rzeczy. Po pierwsze, niektóre pokoje mogą nie mieć okien. Tak, wiem, wydaje się to absurdalne, ale zdarza się. Znam to niestety z własnego doświadczenia. W moim pokoju co prawda było okno, ale wychodziło na klatkę schodową, dlatego też trudno było w nim odróżnić pory dnia.
Innym, bardziej powszechnym utrapieniem były problemy z ogrzewaniem w zimie. Piecyki gazowe są kosztownym rozwiązaniem (gaz we Włoszech jest bardzo drogi!), a grube mury i niewielka ilość wpadającego do środka światła sprawiały, że wewnątrz było przerażająco zimno. Czasami było tak źle, że musieliśmy siedzieć w domach w kurtkach.
Mimo wszystko mieszkanie w centrum Florencji miało wiele zalet: pozwalało poczuć prawdziwy klimat miasta, umożliwiało unikanie korzystania z komunikacji miejskiej, ale największym plusem była bliskość innych Erasmusów – większość z nas mieszkała w okolicach starego miasta. Nie bez znaczenia były też dostępne na wyciągnięcie ręki zabytki, bary, lodziarnie i kluby.
 
 
J.
 
"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj." – Mark Twain 

piątek, 19 lutego 2016

Ciao a tutti!

Witam serdecznie na moim blogu poświęconym słonecznej Italii!

 
Od wielu lat fascynuję się kulturą Włoch, co na pewno bez problemu zrozumie każdy miłośnik tego kraju. Pierwsze zetknięcie z nią było jak "colpo di fulmine", czyli miłość od pierwszego wejrzenia, a pierwsza odbyta podróż zakończyła się postanowieniem jak najszybszego powrotu. Wszystko zaczęło się całkiem niepozornie - pomysł na spędzenie wakacji w Bel Paese i dziecięce marzenia o zjedzeniu słynnej neapolitańskiej pizzy przerodziły się w pasję, która w pewnym sensie zmieniła całe moje życie. Przez ten czas odbyłam kilka podróży do Włoch. Zwiedziłam mnóstwo pięknych miejsc, choć najbliższe mojemu sercu stały się majestatyczny Rzym oraz pachnąca cytrusami Sycylia. Po pokonaniu wielu przeciwności losu, jesienią 2014 roku udało mi się spełnić moje największe marzenie - wyjechałam na roczną wymianę studencką w ramach Programu Erasmus+. Spędziłam semestr na Università degli Studi di Firenze oraz na największym uniwersytecie pod względem liczby studentów na Starym Kontynencie - Università degli Studi di Roma La Sapienza.
Mój blog chciałabym poświęcić przede wszystkim doświadczeniom, wspomnieniom oraz przemyśleniom dotyczącym roku spędzonego pod (niestety nie zawsze) błękitnym niebem Italii, mając nadzieję, że uda mi się udzielić praktycznych wskazówek wybierającym się do Włoch, a może nawet zachęcić kogoś do podjęcia decyzji o takim wyjeździe.
 
Chociaż już od kilku miesięcy jestem w Polsce, wspomnienia z Erasmusa nadal są żywe, a tęsknota za pysznymi lodami pistacjowymi, czekoladą Perugina, gwarem rzymskich ulic, spotkaniami z przyjaciółmi na schodach Santa Croce, a nawet utrudniającymi życie strajkami staje się coraz większa.
 
 
J.
 
 
"We are such stuff as dreams are made on" - W. Shakespeare