niedziela, 1 maja 2016

W poszukiwaniu odrobiny szczęscia

Pewne greckie przysłowie mówi, że cierpliwość jest kluczem do szczęścia. Jednak ludzie są z natury niecierpliwi i od zawsze szukali sposobów na zagwarantowanie sobie pomyślności. W jaki sposób można ją sobie zapewnić podczas podróży po Italii?

Mediolan - Byk w Galleria Vittorio Emanuele II

Przechadzając się słynną galerią handlową warto odwrócić uwagę od ekskluzywnych sklepów
i choć przez chwilę skupić się na jej wnętrzu. Na mnie osobiście większe wrażenie zrobił budynek niż znajdujące się w nim sklepy. Pierwszy raz byłam w Mediolanie w okresie świątecznym i moją uwagę przykuły wtedy także ozdoby. Jednak najbardziej w pasażu zaciekawiła mnie znajdująca się na jego posadzce mozaika przedstawiającego byka. Co ciekawe, jest to symbol innego miasta, Turynu. Dlaczego więc znajduje się w Mediolanie? I dlaczego przynosi szczęście? Otóż oba miasta łączy wzajemna wrogość. Dlatego też, aby zapewnić sobie łut szczęścia, należy obrócić się trzykrotnie na pięcie prawej stopy w otworze wyżłobionym w symbolu nielubianego miasta. Rytuał ten jest bardzo lubiany przez turystów, dlatego też nie trudno jest odnaleźć słynną mozaikę, przy której kłębią się zwiedzający miasto. Ale nie ma co się dziwić, perspektywa zapewnienia sobie szczęścia jest zbyt kusząca, żeby minąć il toro!

Florencja - il Porcellino

Zwiedzając Florencję szczęście można znaleźć na Piazza del Mercato Vecchio. W sąsiedztwie kramów z wyrobami skórzanymi znajduje się fontanna z posągiem przedstawiającm dzika. Czasami trudno go dostrzec ze względu na tłoczących się przy nim turystów.
Aby dzik, zwany przez Florentczyków "Il porcellino", czyli świnka, spełnił  życzenie i przyniósł szczęście trzeba w odpowiedni sposób wykonać skomplikowany rytuał. Otóż należy potrzeć pysk dzika monetą (dzięki zmaganiom wielu zwiedzających jego pyszczek zmienił kolor i błyszczy się). W czasie pocierania należy pomyśleć o tym, czego się pragnie, po czym upuścić monetę. Niestety nie gwarantuje to spełnienia życzenia - aby się zrealizowało, moneta musi spaść do kratki znajdującej się pod dzikiem. Nie ma co się zniechęcać, jeśli nie uda się to za pierwszym razem. Można próbować dalej, jednak nie więcej niż 3 razy!
Niech dzik będzie Wam łaskawy! :)

Verona - posąg Julii


Verona jest miastem miłości, o tym wie chyba każdy. Dlatego też na trasie zwiedzania obowiązkowym punktem jest dom Giulietty Capuleti. Każdy poszukujący miłości powinien zwrócić uwagę na stojącą pod słynnym balkonem statuę z brązu przedstawiającą bohaterkę szekspirowskiego dramatu. Co trzeba zrobić, aby znaleźć wielką miłość? Obowiązkowo należy położyć dłoń na prawej piersi Julii, myśląc jednocześnie o wymarzonym księciu z bajki (bądź księżniczce, oczywiście!). Nie pozostaje więc nic innego, jak zainwestować w podróż do Werony!

Rzym - Fontana di Trevi

Któż nie słyszał o tym, że wrzucając monetę do Fontanny di Trevi - koniecznie prawą ręką przez lewe ramię! - można sobie zagwarantować powrót do Wiecznego Miasta? Myślę, że wie o tym niemal każdy, ponieważ miliony turystów odwiedzających Rzym ochoczo oddają się temu rytuałowi, wykonując go w mniej lub bardziej dokładny sposób. O ile dla mnie sam powrót  do mojego ukochanego miasta jest równoznaczny ze szczęściem, przypuszczam, że większość zwiedzających nie podziela mojego punktu widzenia. Wydaje mi się, że stosunkowo niewielu wie, że istnieje także druga legenda związana z najsłynniejszą fontanną. Otóż według niej szukający szczęścia w miłości nie powinni się ograniczać do jednej monety, ale wrzucić aż trzy. W ten sposób, oprócz zapewnionego powrotu do Rzymu, druga moneta ma przynieść nową miłość. Trzecia z kolei ma doprowadzić do ślubu z ukochanym bądź ukochaną w tym właśnie mieście.
Z moich rachunków wynika, że wrzuciłam już trzy monety, jednak nie jednocześnie. Być może właśnie dlatego nie mogę potwierdzić skuteczności tego rytuału.

Przesądy przesądami, ale czasami warto wykonać te rytuały, żeby móc odhaczyć wszystkie obowiązkowe punkty zwiedzania. A nóż okaże się, że są skuteczne!


Buona fortuna!


J.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Podróżowanie po Włoszech

Podróże są jedyną rzeczą, na którą wydajemy pieniądze, a jednak w paradoksalny sposób nas wzbogacają. A o ile, to już zależy tylko od nas samych.
Ponadto podróżowanie jest jak oddychanie - kiedy się zacznie, nie można już przestać. Brak kolejnego oddechu, czyli wyjazdu, powoduje uczucie "duszenia się". A przynajmniej ja tak to właśnie odczuwam.

Z całą pewnością Erasmus jest doskonałą okazją do zwiedzenia kraju, w którym odbywa się wymianę. Lepiej być nie może - baza wypadowa już jest, więc jedyne co trzeba zrobić to znaleźć towarzystwo (albo zebrać się na odwagę i wyruszyć samemu w nieznane!) i zaplanować wszystko krok po kroku. Tym razem jednak chciałabym się skupić na środkach transportu, oczywiście uwzględniając te najtańsze, na które może sobie pozwolić przeciętny student.


Autobus

Ze względu na to, że pociągi we Włoszech są raczej dosyć drogie, często przychodziło mi korzystać
z wolniejszego i mniej wygodnego (przynajmniej dla posiadaczy długich nóg) środka lokomocji, jakim są autobusy.

Stanowczo najtańszym przewoźnikiem jakiego znam jest Megabus. Na włoskim rynku działa niestety dopiero od czerwca 2015 roku, więc od końcówki mojego pobytu we Włoszech. Między egzaminami udało mi się jednak odbyć kilka naprawdę tanich podróży.
Nie wiem, czy nadal można utrafić bilety w tak korzystnej cenie, ale na samym początku na wszystkich trasach kosztowały... 1 euro + o ile dobrze pamiętam 50 centów opłaty rezerwacyjnej (podobnie jak w polskim busie). Dzięki temu udało mi się pojechać z Rzymu do Neapolu za jedyne 2,50! Oczywiście cena zależy też od tego, z jak dużym wyprzedzeniem rezerwujemy bilety. Mimo wszystko Megabus daje możliwość naprawdę taniego podróżowania.
Muszę jednak wspomnieć o kilku wadach: wydaje mi się, że bilety można kupić jedynie przez internet, a ponadto przy wejściu trzeba pokazać na telefonie kod potwierdzający rezerwację (ewentualnie wydruk, ale kod spisany na kartce nie przejdzie). Jeśli chodzi o samą jazdę, bywa różnie. Zdarzały się długie postoje gdzieś w polu i opóźnienia - szczególnie na samym początku. Raz, kiedy wracałam z Mediolanu, autokar zatrzymał się w środku nocy w dziwnym miejscu i wsiadło do niego około 30 czarnoskórych imigrantów. Przyznam szczerze, że ich pojawienie się i początkowe zachowanie wzbudziło we mnie spore obawy.

Innym przewoźnikiem, z którego usług korzystałam był Baltour. Jako, że podróżowałam nim tylko na trasie Florencja - Rzym, nie bardzo się orientuje w cenach pozostałych połączeń. Natomiast podróż w jedną stronę z perły Toskanii do stolicy wynosi od 9 do 25 euro, w zależności od tego, ile biletów zostało już wyprzedanych.


Czasami problemem staje się znalezienie przystanku autobusowego. W Katanii autobus uciekł mi dlatego, że chodziłam w tę i z powrotem po długiej ulicy szukając jakiejkolwiek tabliczki i pytając ludzi - nikt nie wiedział, skąd odjeżdża. W końcu, kiedy zauważyłam jadący autobus i ruszyłam w pogoń, uciekł mi dosłownie sprzed nosa. Ale przynajmniej dowiedziałam się, gdzie czekać na następny. W Tivoli natomiast, w okolicy Villi Adriana, szukając przystanku znalazłyśmy z koleżanką ukrytą za krzakami tabliczkę sprzed kilkudziesięciu lat. Podobno autobus faktycznie się tam zatrzymywał, ale jeździł bardzo rzadko i gdyby nie pomoc życzliwych ludzi, prawdopodobnie spędziłybyśmy tam pół dnia.

Włosi miewają problemy z widocznym oznaczaniem przystanków

Pociąg

Niestety, pociągi we Włoszech do najtańszych nie należą. Jednak kupując z dużym wyprzedzeniem za ok. 20 euro można podróżować Freccią, co bardzo polecam. Pociągiem Frecciarossa jechałam
z Mediolanu do Florencji. Podróż ta była wygodna i przyjemna, a do tego bardzo krótka - jechałam niewiele ponad 1,5 godziny. Dla porównania, ta sama trasa pociągiem intercity trwała 4,5 godziny.
Konkurencją dla Trenitalii jest Italotreno. Ceny są sporo wyższe, ale podobno komfort jazdy rekompensuje wydatek. Nie przetestowałam tego jednak na własnej skórze.


Dworzec w Mediolanie

Samolot

Niewiele mogę napisać o własnych doświadczeniach związanych z podróżami samolotem po Italii, ponieważ ograniczają się one do lotów na Sycylię z przesiadką w Rzymie. Wiem jednak, że od czasu do czasu można trafić na bardzo tanie loty w Ryanairze. Przykładowo, niemal cały czas dostępne były loty z Pizy i Rzymu (możliwe, że z innych miast też, ale nie zwracałam na to uwagi) do Crotone za jedyne 9 euro w jedną stronę (słyszałam jednak, ze w Crotone dojazd z lotniska do miasta jest bardzo trudny i kosztowny. Czy to prawda? - Tego nie wiem). Dość tanio można było dolecieć też na Maltę, do Barcelony czy Paryża. Widziałam nawet bilety do Crotone za 0,3 euro! Wyprzedały się one w mgnieniu oka, ale nie ma co się dziwić, skoro Ryanair wprowadził tak szaloną promocję...


Bla bla car

Osobiście nie odważyłabym się skorzystać z tego środku lokomocji, ale to też jakaś opcja. Moja koleżanka podróżowała w ten sposób i była zadowolona. A ponadto zapłaciła sporo mniej niż za pociąg.


Niestety we Włoszech nie ma zniżek studenckich ani uczniowskich, nawet posiadając włoską legitymację, co uważam za duże utrudnienie w podróżowaniu. Mimo wszystko nie ma moim zdaniem nic piękniejszego niż wyruszyć w drogę i odkrywać nowe miejsca!


Keep calm and buon viaggio!


J.

piątek, 22 kwietnia 2016

10 rzeczy, za które kocham Rzym



Czasami tak jest, że nie potrafimy wytłumaczyć swoich uczuć. Coś nam się podoba, bo się podoba.
I kropka. Albo wręcz przeciwnie - mamy do czegoś niechęć, jednak nie jesteśmy w stanie określić jej źródła.
Moja fascynacja Rzymem, bo chyba mogę w ten sposób określić mój sentyment do tego miasta, zaczęła się zanim jeszcze tam pojechałam. Oglądałam zdjęcia w internecie, przeglądałam książki
i artykuły w gazetach. Wielokrotnie oglądałam film-przewodnik dołączony do jednej z gazet, marząc, że któregoś pięknego dnia będę się przechadzać brukowanymi ulicami Wiecznego Miasta.
Pomimo tego, że pokochałam Rzym in anticipo - "z góry", zanim ujrzałam go na własne oczy, bez problemu mogę wymienić chociaż kilka rzeczy, które mnie w nim urzekają.

Za co więc kocham Rzym?

      1. Blask bijący od marmurowych zabytków

Być może to dość nietypowy argument, ale biel niektórych budynków napawa mnie optymizmem. Tym, czego nie lubię najbardziej są szare, smutne mury, których niestety tak wiele jest w Gdańsku. Tak naprawdę myśląc o oślepiających marmurach, mam na myśli przede wszystkim Vittoriano, Ołtarz ojczyzny. Kiedy tylko pojawia się słońce (a oczywiście dzieje się to bardzo często) nie sposób na niego patrzeć bez okularów (których brak powoduje u mnie zawsze kichanie). Bardzo za tym tęsknię.


     2. Fontanny i źródełka z wodą

Rzym jest "miastem darmowej wody". I to coś, za co je uwielbiam. Nic nie gasi pragnienia w upalne dni lepiej niż zimna woda dostarczana akweduktami prosto z gór (słyszałam kiedyś, że są to także stare rzymskie akwedukty i sprawdziłam, że faktycznie między innymi Fontana di Trevi jest zasilana przez akwedukt Aqua Virgo, który służy miastu od ponad 2000 lat!). Nie trzeba szukać sklepów i stać w kolejkach. Wychodząc z domu wystarczy zabrać małą buteleczkę i napełniać ją na bieżąco na mieście.
Moimi ulubionymi fontanellami są nasoni, czyli nochale. Na terenie comune di Roma naliczono ich ponad 2.500 tysiąca, więc nie ma obaw, że uschnie się z pragnienia. Kiedyś przeczytałam na ich temat coś, co mnie bardzo zaciekawiło - jeśli zatka się kranik, z którego leci woda, wylatuje ona innym otworem, znajdującym się na górze. Dzięki temu można łatwo się jej napić. Oczywiście, Rzymianie robią to z klasą. Natomiast ja po wcieleniu mojego odkrycia w życie tak się pochlapałam, że byłam przemoknięta niemal co do suchej nitki. Nadal pocieszam się, że na pewno praktyka czyni mistrza!

Zródełko w Giardino degli aranci



Z kolei jeśli chodzi o fontanny, tych też jest mnóstwo! W gorące dni nie ma nic przyjemniejszego niż stanąć przy jednej z nich i cieszyć się kropelkami wody niesionymi przez wiatr (zakładając oczywiście, że chociaż delikatnie powiewa). Niestety dotykanie wody może nie być najlepszym pomysłem. Raz maczając dłoń w fontannie na Piazza della Rotonda usłyszałam groźny głos policjantki krzyczącej: "Signora, don't touch the water!".


     3. Widok z Giardino degli aranci
Może i panorama rozciągająca się z ogrodu pomarańczowego nie bije na głowę innych punktów widokowych, ale ma w sobie coś magicznego. Być może jest to zasługa drzewek pomarańczowych. Ja najbardziej lubię perspektywę roztaczającą się mniej więcej z połowy głównej alejki. Majacząca w oddali kopuła Bazyliki św. Piotra znajdująca się pod baldachimem, który tworzą pinie... Ten widok naprawdę urzeka. Poza tym według mnie ten park jest najbardziej romantycznym miejscem
w Rzymie.


     4. Drzewa piniowe
W Rzymie jest naprawdę dużo parków. Zieleń daje możliwość ucieczki od wielkomiejskiego zgiełku i wyciszenia się. Tym, co kocham najbardziej są jednak pinie. Oczywiście, nie rosną one tylko
w Rzymie, jednak te, które widziałam we Florencji wyglądały jakoś inaczej. A poza tym, uwielbiam zdjęcia przedstawiające Wieczne Miasto, na których widoczne są także te drzewa, tak bardzo mi się
z nim kojarzące. I chyba nie jestem osamotniona, skoro włoski kompozytor Ottorino Respighiego napisał poemat symfoniczny "I pini di Roma", którego motywem przewodnim są właśnie sosny piniowe w różnych miejscach w Rzymie (Villa Borghese, Gianicolo, Via Appia i katakumby).

Pinie przy Via del Circo Massimo
     5. Historia i starożytne zabytki
Historia Rzymu jest nie tylko długa, ale też naprawdę fascynująca! Właścicielka wynajmowanego przeze mnie mieszkania była przewodniczką. Oprowadzała po Rzymie polskie wycieczki i za każdym razem, kiedy ją o coś zapytałam, opowiadała mi całą historię danego miejsca, zabytku czy postaci. A ja mogłabym tego słuchać godzinami!

Spacerując po Forum Romanum zawsze z zachwytem przyglądałam się lepiej lub gorzej zachowanym świadectwom istniejącej tam przed wiekami cywilizacji. I pomyśleć, że znajdujące się tam budowle przetrwały tyle stuleci! Na mnie osobiście największe wrażenie robi fakt, iż zostały wzniesione na długo przed tym jak Mieszko I został przywódcą plemienia Polan dając początek istnieniu naszego państwa!


     6. Dialekt

Z dialektem rzymskim po raz pierwszy miałam styczność czytając książki Federico Mocci i chociaż myślę, że brzmi trochę wulgarnie w porównaniu z językiem literackim, od razu mi się spodobał. Zaraz po przyjeździe do Rzymu uświadomiłam sobie, że jego mieszkańcy mają nieco inny sposób wyrażania się niż Florentczycy. Na ulicy co krok obijało mi się o uszy "ammazza!" i przyznam, że kiedy usłyszałam to pierwszy raz troszkę się przestraszyłam - w dosłownym tłumaczeniu oznacza to "zabij!". Po krótkim czasie zorientowałam się jednak, że rzymianie nie są tacy żądni krwi. Jak wytłumaczył mi kolega, ammazza może wyrażać zaskoczenie lub zachwyt. W takim razie tylko im pozazdrościć, że mają tyle okazji do jego wyrażania!


     7. Zabytkowe samochody i skutery

W Rzymie historia niejednokrotnie ma cztery... lub dwa koła. Często zdarzało mi się natrafić na zabytkowe samochody przejeżdżające przez centrum lub stojące w bocznych uliczkach. Nie wiem dlaczego, ale są dla mnie swoistym symbolem włoskiego dolce vita. Poza tym ta targa z napisem Roma - coś pięknego! Że już nie wspomnę o tym, że przystojny rzymianin na starej (ewentualnie na nowej) vespie byłby spełnieniem moich marzeń.

stara...

... i nowa vespa

równie cieszący oko co oryginał skuter produkowany w Indiach 


     8. Sygnalizatory świetlne 

Z tego, co zauważyłam wszelkiego rodzaju przepisy drogowe we Włoszech są bardziej sugestiami niż zasadami, których trzeba bezwzględnie przestrzegać. To samo dotyczy świateł, a przy najmniej patrząc z perspektywy pieszego. Stojąc na przejściu i widząc, że ulica jest puściusieńka, można po prostu przejść. Oczywiście nie ma żadnego oficjalnego pozwolenia, ale nikt, z kim rozmawiałam nie słyszał o mandacie za przejście na czerwonym. Zdarzyło mi się nawet widząc nielegalnie przekraczających jezdnię zaraz pod okiem policji (lub karabinierów, teraz nie jestem już pewna). Sama niejednokrotnie musiałam to robić (tzn. nie przy stróżach prawa), ponieważ wzięłam sobie do serca angielskie przysłowie "When in Rome, do as the Romans do". Pod względem punktualności, lub raczej jej braku, też zrobiłam się molto romana.

     9. Bliskość morza

Pamiętam zdziwienie mojej babci, kiedy powiedziałam, że w Rzymie są plaże. Jak to, przecież stolica Włoch jest oddalona od wybrzeża? I faktycznie tak jest. Chociaż nie do końca. Oddalona o ok. 30 km od centrum miasta Ostia formalnie stanowi frazione di Roma (czyli powiedzmy dzielnicę Rzymu). Z tego względu można się tam dostać korzystając z normalnych rzymskich biletów na komunikację miejską. Dlatego też bywałam tam tak często, jak to tylko było możliwe. Zaznaczę od razu, że plaże w Ostii nie powalają. Morze przypominało mi tam raczej Bałtyk niż na przykład Adriatyk. Ale może dzięki temu czułam się tam trochę bardziej jak u siebie.




     10. Koty

Bez dwóch zdań jestem kociarą. W Rzymie bardzo tęskniłam za moją czworonożną przyjaciółką, ale na każdym kroku spotykałam koty. Spora kocia kolonia mieszka na terenie strefy archeologicznej Torre Argentina, nieopodal Piazza Venezia. Kotki wygrzewają się tam wśród ruin czterech rzymskich świątyń, dla których stanowią uroczą ozdobę. Ponadto są bardzo przyjazne i z ciekawością podchodzą do turystów, dzięki datkom których (oraz Comune di Roma) są utrzymywane.



Włoska nazwa Rzymu, Roma, czytana od tyłu daje nam słowo amor, oznaczające miłość. Pomimo złych rzeczy, które mnie w nim spotkały (między innymi dwa razy zostałam okradziona) i wielu innych, które niesamowicie irytowały, nie potrafię nie kochać tego miasta!

A presto!

J.



środa, 30 marca 2016

Historia spełnionego marzenia


 

Tym razem chciałabym napisać coś bardziej osobistego, skupiając się na zupełnie innych aspektach wymiany. Rok spędzony na Erasmusie bez wątpienia był najlepszym w moim życiu. Mieszkałam w dwóch cudownych miastach, poznałam mnóstwo wspaniałych osób, zwiedziłam wiele pięknych miejsc i stawiłam czoło niezliczonym problemom, co z kolei nauczyło mnie jednego - że jeśli wezmę się w garść i zacisnę zęby, jestem w stanie je rozwiązać.

Ale jak to się właściwie stało, że w ciągu roku studiowałam w dwóch różnych miastach? Wiele razy słyszałam, że to niemożliwe. Tak się przecież nie da... A jednak, chociaż łatwo nie było, udało mi się odbyć dwie wymiany w jednym roku akademickim, co zawdzięczam nowym regulacjom, które wprowadził program Erasmus + oraz mojej koordynatorce wydziałowej, bez której nigdy by mi się to nie udało.
 
 
Zaczynając jednak tak jak przystaje, czyli od początku, wspomnę, że wyjazd na Erasmusa planowałam od czasu, kiedy usłyszałam po raz pierwszy o tym programie, a było to na początku liceum lub pod koniec gimnazjum. Oczywiście musiały to być Włochy. W moich marzeniach był to właśnie Rzym, ale wcielenie ich w życie przypominało na każdym kroku mission impossible.
 
 
Przede wszystkim, aby móc wyjechać na konkretną uczelnię, wydział, na którym się studiuje musi mieć z nią podpisaną umowę. Mój wydział posiada umowy z wieloma włoskimi szkołami wyższymi, jednak Rzymu na tej liście nie ma. Dlatego też niemal zaraz po rozpoczęciu studiów zaczęłam zabiegać o jej podpisanie. Kontaktowałam się z Sapienzą, Tor Vergatą i Romą Tre, a także kilkoma mniejszymi uczelniami. Większość nawet nie odpowiedziała na mojego maila, natomiast z pozostałymi kontakt się w pewnym momencie urywał.
Po kilku miesiącach dość trudnej korespondencji wydział ekonomii w Rzymie zgodził się podpisać umowę, która jednak miała zostać zawarta za kilka miesięcy i wejść w życie dopiero rok później. Już w tamtym momencie miałam złe przeczucia i nie myliłam się - nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi na wysłaną umowę ani na inne wiadomości i po pewnym czasie minął deadline.
 
 
Byłam załamana, jednak nie zamierzałam się poddać. Dowiadywałam się u wszystkich możliwych źródeł i rozmawiałam dosłownie z każdą osobą na uczelni, która posiada jakakolwiek wiedzę na temat tego typu wyjazdów i znalazło się pewne rozwiązanie, którego dotychczas nie brałam pod uwagę.
Teoretycznie jeśli inny wydział współpracuje z którymś z rzymskich uniwersytetów i posiada wolne miejsce, może je odstąpić. Nie jest to jednak takie proste, jak by się mogło wydawać. Po pierwsze, trzeba uzyskać zgodę swojego koordynatora wydziałowego oraz koordynatora wydziału, który ma podpisaną umowę. Po drugie, muszą się zgodzić obydwa wydziały za granicą.
 
 
Dla mnie schody zaczęły się już w momencie. gdy próbowałam się skontaktować z osobą odpowiedzialną za koordynację wymian na wydziale mechanicznym - nie odpisywała na maile, a w biurze była nieuchwytna. W końcu uzyskałam zgodę ustną, ale na tym koniec. Dalsze próby skontaktowania się zakończyły się fiaskiem. A czas uciekał.
 
 
Po raz kolejny musiałam działać. Termin wysyłania kandydatur mających wyjechać studentów mijał 15 maja, a tak się złożyło, że na początku tego miesiąca miałam możliwość odwiedzenia Wiecznego Miasta. Osobiste pojawienie się w biurze Erasmusa na wydziale ekonomii Sapienzy było dla mnie ogromnym stresem. Sama wizyta na uczelni była dziwnym przeżyciem. Od samego wejścia musiałam stawić czoło dziwnym spojrzeniom (byłyśmy z koleżankami ubrane jak turystki, i to z pewnością było widać) i wytłumaczyć całą sytuację, a pod wpływem nerwów mój włoski stał się daleki od ideału. Spędziłam tam ponad godzinę, ale udało się! Uzyskałam zgodę!
 


 
 
To jednak nie był koniec. Po powrocie do Polski dowiedziałam się, że koordynator wydziału mechanicznego był na urlopie i przegapiliśmy deadline na semestr zimowy, przez co nie zrezygnowałam z wyjazdu do Florencji, na który już wcześniej zostałam oficjalnie zakwalifikowana.
W ogromnej niepewności co do Rzymu trwałam aż do października. Próby skontaktowania się z koordynatorem wydziału mechanicznego, także telefoniczne, na nic się nie zdały. Zdesperowana dzwoniłam gdzie tylko się dało, ale osiągnęłam cel - co prawda w ostatniej chwili (dosłownie ostatniego dnia), jednak moja nominacja została wysłana. Reakcja na nią z Rzymu nawet mnie nie zdziwiła, po kilku miesiącach nie pamiętali już o rozmowie z maja i dostałam bardzo nieprzyjemną wiadomość, w której dotąd nieuchwytny koordynator wydziału mechanicznego zarzucał mi kłamstwo. Na szczęście nie często zdarza się, żeby ktoś osobiście przyjeżdżał z tego typu prośbą, więc po krótkim opisaniu w mailu do Rzymu mojej majowej wizyty, udało się uratować sytuację.
 
 
Wkrótce pojawił się kolejny problem. Miało nie wystarczyć środków na wypłacenie stypendium dla wszystkich przebywających za granicą studentów, a jako że formalnie był to już mój drugi wyjazd, praktycznie byłam pod tym względem zdyskwalifikowana. To znaczy mogłam jechać, ale nie otrzymując żadnych pieniędzy z programu Erasmus +.
 
 
Fundusze na szczęście się znalazły, o czym jednak dowiedziałam się dopiero po miesiącu pobytu w Rzymie. Cztery dni przed przeprowadzką z Florencji pojawiły się jeszcze kolejne, choć już ostatnie zawirowania. Przez błąd w dacie pobytu w stolicy Toskanii, rektor nie mógł podpisać skierowania na kolejny wyjazd (ponieważ nakładały się one na siebie czasowo) i dostałam wiadomość, że muszę wracać do Polski. Dosłownie miałam wrażenie, ze świat mi się zawalił. Byłam wtedy w zupełnej rozsypce. Pomieszkiwałam na walizkach u koleżanki, a semestr w Polsce trwał już od jakichś dwóch tygodni. Także tę sytuację na szczęście udało się odkręcić i po szybkim zamknięciu wszystkich formalności na Universita degli Studi di Firenze, obładowana bagażami jak osioł wsiadłam do pociągu zmierzającego do Rzymu. Ku mojemu największemu marzeniu.
 
 
Zdaję sobie sprawę, że ten wpis może być chaotyczny i skomplikowany dla czytelnika, a być może także nieco nudny, ale bardzo zależało mi na tym, żeby pokazać, że nigdy nie można się poddawać. I trzeba walczyć o swoje marzenia do ostatniej chwili, nie tracąc nadziei aż do końca.
 
 
Teraz, patrząc z perspektywy czasu wiem też jedno: niczego nie żałuję, bo wiem, że tak właśnie miało być. Florencja była jak widać moim przeznaczeniem. Wywiozłam z niej wiele pięknych wspomnień, skosztowałam prawdziwego Erasmusowego życia, a część nawiązanych przyjaźni przetrwała jak dotąd próbę czasu oraz dzielący dystans.. W Rzymie natomiast chciałam się poczuć jak jego mieszkanka, dlatego prawdę mówiąc mój pobyt tam bardziej bym określiła jako "mieszkanie i studiowanie", a nie "przebywanie na Erasmusie".



J.
"Perché c’e’ un’unica creatura che può fermarti,
e quella creatura sei tu.
Non smettere mai di credere in te stessa e nei tuoi sogni.
Non smettere mai di cercare,
tu realizzerai sempre ogni cosa ti metterai in testa."
Peter O’Connor

 

środa, 16 marca 2016

Moje rzymskie wa... studia



Rzymski uniwersytet ma długą i bogatą historię. Został założony przez papieża Bonifacego VIII w 1303 roku. Była to pierwsza szkoła wyższa w Wiecznym Mieście, a zarazem jedna z najstarszych w Europie. Już samo to nadawało moim studium tam pewien prestiż. Sapienza jest niemalże "miastem w mieście" i oferuje swoim kandydatom ponad 250 kierunków studiów na 11 wydziałach. A jeśli dodać fakt, że jest to największy uniwersytet pod względem liczby studentów na naszym kontynencie (jest na niego zapisanych ponad 110.000 studentów + ok. 1200 studentów zagranicznych biorących udział w różnych programach wymiany), czułam, że znalazłam się w miejscu wyjątkowym.
 
Jak na tak dużą instytucję, na dodatek mieszczącą się we Włoszech, uważam, że stopień dezorganizacji Sapienzy był naprawdę niski. Nie miałam żadnych problemów przy procesie rekrutacji (poza jednym, wynikającym jednak z mojego gapiostwa), oznaczenie sal było dużo bardziej przejrzyste niż we Florencji, chociaż z tego, co pamiętam były pewne niedociągnięcia jeśli chodzi o plan zajęć - ten znajdujący się w Internecie zawierał błędy i życie ratowała mi tablica wisząca na pierwszym piętrze wydziału, na której znajdował się pełen rozkład.
 
Wydział ekonomii, na którym studiowałam, nie znajduje się na terenie głównego kampusu (poszczególne wydziały są porozrzucane po różnych częściach miasta), jednak w stosunkowo niedużej odległości od niego. Sam budynek nie grzeszył urodą, a jak to określił ktoś z moich znajomych, jego hol przypominał dworzec i brakowało mu jedynie megafonów ogłaszających godziny odjazdu pociągów. Przyznam, że jest w tym trochę prawdy, chociaż ja czułam się tam bardzo dobrze. W każdym razie o niebo lepiej niż na moim wydziale we Florencji, gdzie po prostu brakowało mi takiej studenckiej atmosfery. Ponadto znajdowało się na nim dosłownie wszystko, czego mogłam potrzebować. Dość niepozornie wyglądający od strony ulicy gmach miał, o ile dobrze pamiętam, 7 pięter. Na każdym z nich znajdowała się biblioteka, natomiast na parterze mieściła się biblioteka główna wydziału, w której można było skorzystać również z komputerów. Na tym samym poziomie została oddzielona sala, która służy studentom jako miejsce do nauki. Praktycznie za każdym razem była oblegana przez Włochów (którzy naprawdę się uczyli!) i trudno było tam znaleźć wolne miejsce. Wydział ekonomii posiada też swoją stołówkę, a na jego terenie można znaleźć biuro ESN.
Wydział ma też dobre połączenie komunikacyjne. W jego okolice jeździ wiele tramwajów i autobusów, a od stacji metra Policlinico jest oddalony o jakieś 7 minut spacerem.



Gmach wydziału ekonomii


Parking dla skuterów przed wydziałem
 
Zaczynając jednak od początku, mimo że semestr zaczynał się 1 marca, już od pierwszej połowy lutego trwał orientation week dla nowych studentów oraz odbyło się welcome meeting, które niestety mnie ominęło. Organizowane były na szczęście mniejsze spotkania dla takich spóźnialskich jak ja. Do wyboru było kilka dat, ja zarezerwowałam pierwszą możliwą i udałam się do Palazziny Tuminnelli znajdującej się na terenie kanpusu. Przyznam, że miałam problem z jej znalezieniem, przez co już pierwszego dnia poczułam się zagubiona i pojawiły się obawy, czy aby na pewno dam sobie radę w tej studenckiej dżungli. Nieznacznie spóźniona dotarłam na szczęście na miejsce, gdzie oprócz placaczka-startera zawierającego głównie informatory dotyczące miasta oraz uczelni, zdobyłam wiele cennych informacji dotyczących formalności oraz egzaminów.


 
Tego typu spotkania są doskonałą okazją do nawiązania pierwszych znajomości. W końcu wszyscy jesteśmy "nowi" i szukamy towarzystwa. Jedyny szkopuł tkwi w tym, że poznałam tam prawie samych Hiszpanów (a Spanish mafia zazwyczaj trzyma się we własnym towarzystwie używając swojego pięknego, aczkolwiek nieznanego mi języka). Wymieniliśmy się co prawda kontaktami i utworzyliśmy grupę do konwersacji, jednak po krótkim czasie zmęczyli się chyba rozmowami po angielsku i z moją nikłą znajomością hiszpańskiego niewiele już mogłam zrozumieć. Dlatego też najtrwalszą znajomość nawiązałam z Bułgarką, Tonią.



 
Kolejnym krokiem na uczelni (i myślę, że najważniejszym) było załatwienie formalności na wydziale. Jako że oficjalnie podlegałam pod wydział inżynierii lądowej i środowiskowej (o czym opowiem innym razem, bo to baaardzo długa historia), udałam się na facoltà di ingegneria civile e industriale, która znajduje się praktycznie zaraz obok... Koloseum!



Wydział inżynierii

 
Najpiękniejsza na świecie droga na uczelnię!
 
Miałam ogromne szczęście, bo akurat tego dnia było otwarte biuro Erasmusa i prawdopodobnie dlatego, że na kierunkach technicznych wyjeżdża znacznie mniej studentów,  załatwiłam wszystko bez kolejki. Tym razem zamiast legitymacji otrzymałam specjalną kartę erasmusa, która nadawała jednakowe uprawnienia. Była więc przydatna np. w muzeum, aby otrzymać bilet ulgowy.
Co mnie bardzo zaskoczyło, nie miałam żadnego limitu czasowego na dokonanie zmian w moim learning agreement (zazwyczaj ma się na to około miesiąca).
 
Wizytę w biurze miedzynarodowym na wydziale ekonomii wspominam już nieco gorzej. Mimo że koordynatorka programu Erasmus jest tam milsza, po odestaniu swojego w kolejce, nie trafiłam do niej, ale do studentek odbywających tam praktyki. Dodam, że pochodzących z Grecji i nie bardzo rozeznanych w kwestiach, o które pytałam. A na dodatek nie mówiących po włosku. To był jedyny moment, w którym doświadczyłam totalnego chaosu.
 


Karta Erasmusa zastępująca libretto

 Karta Erasmusa uprawniała także do bezpłatnych wizyt w muzeach należących do uczelni. A jest ich sporo: Museo di Botanica, Museo di Arte e Giacimenti Minerali, Museo di Anatomia Patologica, Museo di Matematica, Museo di Zoologia czy Museo di Paleontologia - to tylko kilka przykładów.
 
A presto!
 
 
 J.

 "La sapienza ha dunque tre dimore: la prima inedificata, eterna, perché è essa stessa la sede dell'eternità; la seconda, sua primogenita, è questo mondo visibile; la terza, sua secondogenita, è l'anima dell'uomo." - Giordano Bruno

wtorek, 8 marca 2016

Studiare all'italiana - studia we Włoszech polskim okiem

Pomimo wielu podobieństw studia w każdym kraju wyglądają nieco inaczej. Kończąc liceum marzyłam o studiowaniu archeologii na jednej z włoskich uczelni, najlepiej w Rzymie. Jednak dopiero kiedy udało mi się częściowo spełnić to marzenie, uświadomiłam sobie jedną rzecz. Tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, czego chciałam. Co więcej, cieszę się, że mi to nie wyszło.
 
Włoski system prawdę mówiąc nie przypadł mi do gustu. Przypuszczam, że wiele zależy od dziedziny studiów (we Florencji byłam na wydziale nauk politycznych, natomiast w Rzymie na wydziale ekonomii). U mnie jednak nie było czegoś takiego jak podział na wykłady i ćwiczenia czy laboratoria. Wszystkie przedmioty miały formę wykładów, czasami ich część przypominała ćwiczenia - studenci przygotowywali prezentację lub opracowywali pewien zakres materiału. Jednak nie było to obowiązkowe, tak jak i sama obecność na zajęciach (chociaż bywała ona sprawdzana). Zazwyczaj wyglądało to w ten sposób, że jeśli ktoś brał aktywny udział (co nie na każdym przedmiocie było możliwe), miał mniejszy zakres materiału do nauczenia się na egzamin. Np. studentów uczęszczających na wykłady i przygotowujących prezentację obejmowały dwie zamiast trzech książek.
Zajęcia trwały teoretycznie 2 pełne godziny  (oczywiście od tego można sobie odliczyć co najmniej kwadrans spóźnienia prowadzącego). Nie było jednak oficjalnej przerwy w planie zajęć.
Włosi, jak chyba wszyscy południowcy, nie grzeszą punktualnością, więc zawsze ktoś przychodził spóźniony, czasami nawet o godzinę, jednak nikt na to nie zwracał uwagi.


Wykład w Rzymie

We Włoszech obowiązuje kompletnie inny system oceniania niż w Polsce. Skala ocen wynosi od 1 do 30, przy czym aby zdać trzeba uzyskać co najmniej 18 punktów. Szczególnie wybitni studenci mogą liczyć na ocenę wykraczające poza skalę, czyli 30 e lode, odpowiadającą naszej piątce z plusem.

Rzeczą dla mnie bardzo dziwną, z którą spotkałam się we Włoszech była rezerwacja egzaminów. Aby móc zdawać je w poszczególnych terminach, najpierw trzeba było się na nie zapisać w odpowiedniej zakładce na koncie studenckim. Zapisy takie zaczynały się zazwyczaj miesiąc przed egzaminem i były zamykane kilka dni przed jego datą. We Florencji na tym kończyła się cała rezerwacja, jednak w Rzymie dodatkowo wymagane było przyniesienie na egzamin wydrukowanego potwierdzenia.
Także wyniki odbytych egzaminów pojawiały się po zalogowaniu na konto. W przeciągu kilku dni należało zatwierdzić ocenę bądź ja odrzucić. Przyznam szczerze, że nigdy nie udało mi się do końca zrozumieć tego systemu.

Dużym utrudnieniem było również zbieranie podpisów do indeksu we Florencji (gdzie pełnił on także funkcję libretta, czyli legitymacji) oraz na formularzach potwierdzających rezerwację w Rzymie. Największym problemem był fakt, że Erasmusi często kupują bilety powrotne zaraz po zakończeniu egzaminów i nie zawsze mają wystarczająco dużo czasu, żeby szukać wykładowców. Dla mnie z kolei było to całkiem nowe doświadczenie, ponieważ na mojej uczelni w Polsce od początku studiów miałam tylko indeks elektroniczny. 

Zajęcia zaczynają się w połowie września, natomiast w semestrze letnim trwają do końca maja. Ponadto każdy semestr jest podzielony na 3 moduły. Jest to dość istotne, ponieważ niektóre przedmioty zaczynają się w pierwszym module i trwają do końca drugiego lub zaczynają się dopiero w drugim. Dotyczy to głównie tych, którym jest przypisane 6 punktów ECTS, 9-punktowe przedmioty trwają natomiast przez cały semestr. Nie jest to jednak regułą, ponieważ na niektórych przedmiotach była możliwość wyboru, czy chce się zdawać egzamin za 6 czy też za 9 punktów.

Sesja trwała sporo dłużej niż w Polsce. Pierwsze egzaminy w semestrze zimowym miały miejsce w ostatnim tygodniu przed świętami. Drugi termin przypadał na styczeń, natomiast ostatnia szansa na zaliczenie przedmiotu była w lutym.
Sesja letnia zaczynała zaczęła się natomiast w czerwcu i skończyła się w drugiej połowie lipca. Problemem dla zagranicznych studentów jest na pewno konieczność zdawania w trzecim terminie, który tak jak sesja poprawkowa w Polsce ma miejsce dopiero we wrześniu.
Inną istotną kwestią dotycząca zaliczenia wybranych przedmiotów jest fakt, że egzaminy w większości mają formę ustną, co w przypadku zdawania ich w obcym języku jest dodatkowym stresem. Jednak ma to też dobre strony, ponieważ można nadrobić braki językowe gestykulacją lub uzyskać podpowiedź. Ale nie ma co się załamywać - zdarzają się też egzaminy w formie testu, chociaż szczerze mówiąc spierałabym się co do tego czy są łatwiejsze.

Każde miejsce jest dobre do nauki, nawet dziedziniec muzeum!
 
 
J.

 
"Viaggiare e cambiare luogo conferisce un nuovo vigore alla mente"- Seneca

niedziela, 6 marca 2016

Florencka zima i rzymskie lato - kilka słów na temat klimatu

Przygotowując się do wyjazdu na Erasmusa dość dużo czasu poświęciłam poszukiwaniu informacji na temat klimatu we Florencji. Dlaczego? - Musiałam przecież spakować ubrania na pół roku!
Przyznam, że czytając przeróżne wpisy w internecie poczułam się naprawdę zdezorientowana. O ile wiedziałam, czego mogę się spodziewać po przyjeździe - wysokich temperatur i mnóstwa słońca - nie bardzo wyobrażałam sobie włoską zimę. Na jednym z blogów przeczytałam, że temperatury o tej porze roku spadają do 15 stopni i podczas gdy Włosi przywdziewają ciepłe płaszcze i obowiązkowo kozaki, zagraniczni turyści ograniczają się co najwyżej do cienkich sweterków. Z kolei średnie temperatury w najzimniejszym miesiącu, styczniu, w teorii wahają się od 3 do 8 stopni Celsjusza. Więc jak to właściwie jest z pogodą? Zacznę od początku.
 
Kiedy przyjechałam do Florencji w połowie września, zastałam tam środek lata. Upalne dni i bardzo ciepłe noce. Obowiązkowe były więc letnie ciuszki i okulary przeciwsłoneczne, a dla szczególnie wrażliwych na słońce - kapelusz lub czapka.
Piękna pogoda utrzymywała się praktycznie do końca października, chociaż w połowie tego miesiąca dobowe różnice temperatur zaczęły robić się coraz większe. Szczególnie uciążliwe okazywało się to w przypadku, kiedy wychodziłam rano na uczelnię - zdarzało się, że było naprawdę nieprzyjemnie zimno, natomiast kiedy wracałam do domu było tak gorąco, że kurtkę niosłam już w ręku i szukałam odrobiny cienia.
Listopad z kolei był bardzo deszczowy i wietrzny, dlatego też polecam zaopatrzyć się w parasolkę, bo niestety może być bardzo przydatna. Potrafiło padać dzień w dzień, czasami niemal bez przerwy. Wszechobecna wilgoć sprawiała też, że odczuwalna temperatura była sporo niższa od tej, która widniała na termometrach. Ponadto ulice szybko zapełniały się wodą, a przejście na drugą stronę bez zamoczenia stóp było praktycznie niemożliwe.
Niebo Italii nie zawsze było błękitne, a pochmurne dni nadawały Florencji nieco depresyjnego charakteru. Nagle wszystko stawało się szare i smutne, chociaż tu wyjątkiem może być Duomo, które zachwyca niezależnie od warunków pogodowych. Mieszkając w Polsce być może powinnam być do tego przyzwyczajona, jednak jako, że we Włoszech bywałam dotąd tylko w sezonie letnim, wydawało mi się, że pogoda jest tam nieco ładniejsza.

Arno po ulewie

W grudniu zaczęło robić się zimno, co było szczególnie mocno odczuwalne w domu. Po raz pierwszy musieliśmy włączać ogrzewanie. Na zewnątrz też nie było zbyt przyjemnie i czasami żałowałam, że nie wzięłam cieplejszej kurtki zimowej. Najgorsze jednak przyszło w styczniu, kiedy wróciłam do Włoch po przerwie świątecznej. Był to okres egzaminów, dlatego też dużo czasu spędzałam w mieszkaniu ucząc się. Nauka jednak była niesamowicie trudna, ponieważ naprawdę zamarzałam. Ogrzewanie też niestety niewiele dawało, a jego efekty czułam jedynie stojąc bezpośrednio przy kaloryferze. Jedynym wyjściem z tej sytuacji okazywało się spędzanie czasu w bibliotece, gdzie jednak też nie było zbyt ciepło. Bardzo żałowałam, że po świętach zostawiłam w Polsce część cieplejszych ubrań!
W tym okresie dosłownie wszystkich zaczynało łapać przeziębienie. Najzabawniejsza sytuacja miała miejsce podczas wycieczki do Wenecji, kiedy dosłownie cały autokar kaszlał. Jak to żartobliwie nazwała moją przyjaciółka, mieliśmy jeżdżący szpital.

Diametralnej zmiany pogody doświadczyłam natomiast w momencie przeprowadzki do Rzymu pod koniec lutego. Powietrze dosłownie zapachniało wiosną! Jeszcze dwa tygodnie wcześniej nie przypuszczałam, że w pierwszy miesiąc marca będę w południe chodzić w samej bluzce, a dodam, że jestem ciepłolubna i nie była to jedynie reakcja na pierwsze wiosenne dni. Cały miesiąc, choć cieplejszy, był jednak dość deszczowy. Ogólnie pogoda była w kratkę.

Deszczowy Plac św. Piotra


Naprawdę ciepło zrobiło się kiedy wróciłam z Polski po Wielkanocy. Kwiecień był już całkiem ciepły i wszystkie grubsze ubrania schowałam na dno szafy. Od tej pory były zupełnie nieprzydatne. W maju natomiast praktycznie zaczęło się lato i długo wyczekiwane wypady na plażę w Ostii.

Dużym minusem studiowania we Włoszech jest fakt, że kiedy zaczyna się sesja letnia, słupki rtęci szaleją. I to dosłownie, bo w czerwcu kiedy miałam egzaminy zaczęły się niesamowite upały, a w lipcu było jeszcze cieplej. Temperatury sięgały 40 stopni, więc bez klimatyzacji ciężko było wytrzymać. W nocy z resztą też nie było wiele lepiej, a do tego niemal codziennie ok. 16 były burze. Nauka w takim upale nie była łatwa. Po pierwsze ciężko było się skupić, a po drugie istniała obawa, że będą problemy z prądem (co jest związane z dużym zużyciem przez klimatyzatory) i zdarzały się króciutkie przerwy w jego dostawie. Dobrym miejscem na naukę w tym czasie była Biblioteca Nazionale  znajdująca sia przy stacji metra Castro Pretorio.

 

Anomalie pogodowe

Śnieg we Włoszech? Owszem, też może spaść! Kilka dni po tym, jak wyjechałam z Florencji na Boże Narodzenie, dowiedziałam się, że spadł tam śnieg. Jako że zjawisko to nie jest częste wzbudziło sporą sensację, mimo tego, że białego puchu było bardzo niewiele. Najdziwniejsze jest jednak to, że sporo napadało go nawet na Sycylii, co jest prawdziwą anomalią - moja przyjaciółka nie pamięta, żeby kiedyś było go aż tyle!
 
Przypruszona śniegiem Taormina
Ja sama byłam przerażona widząc zaśnieżone zbocza gór i lasy w drodze do Wenecji. Absolutnie nie byłam przygotowana na taką pogodę! Ale na szczęście takie warunki panowały tylko po drodze, a po przyjeździe do Serenissimy nie widziałam już ani płatka śniegu.
 


Pełnia zimy w drodze do Wenecji



 Pierwsze szaleństwa pogodowe wystąpiły jednak zaraz po moim przyjeździe do Włoch. Był piękny słoneczny dzień, ale nagle zerwał się silny wiatr i zaczął padać grad. W jednej chwili ulice opustoszały i każdy szukał kryjówki. Ja znalazłam schronienie w jednym ze sklepów, który nie wiem jakim cudem miał zalaną niemal całą podłogę, a po wyjściu z niego moim oczom ukazało się pobojowisko i płynąca środkiem ulicy rzeczka.


Mimo wysokich temperatur, florenckie ulice były w niektórych miejscach białe jeszcze następnego dnia!

Skutki gradobicia

 
 
J.
  
"Anche d'estate nevica 
Se la tua mente immagina" - Laura Pausini